wtorek, 2 października 2018

#8


Od kilku dobrych dni zbierałam się za recenzję nowego filmu W. Smarzowskiego – „Kler”. Od początku byłam pozytywnie nastawiona do jego nowej produkcji, biorąc pod uwagę jego inne fantastyczne filmy, niemniej jednak cały ten hype i nagonka ze strony pewnych środowisk wzbudziły we mnie pewnego rodzaju niepokój. Czy jest to więc dobry film? Tak, ale nie jest to film rewelacyjny, ani odkrywczy. Czy to „ważny” film, jak twierdzą niektórzy? Ano nie byłaby do końca przekonana. Czy to film zmuszający do dalszej dyskusji? Bez wątpienia. Jednego jestem pewna, to nie jest najlepszy jak dotąd film Smarzowskiego, a szkoda. 

Zacznę od tego, że nie jest to produkcja, która obrażałaby czyjekolwiek uczucia, ani próbowała oczerniać środowisko księży. Osoby, które go nie widziały mają bardzo błędne przekonanie na temat tego, co w filmie się znajduje. To w głównej mierze nie krytyka ludzi, bo Smarzowski pokazuje, że wśród totalnych skurwysynów znajdują się też ludzie dobrzy, z powołaniem. To krytyka systemu i sposobu działania Kościoła Katolickiego, który jest niczym mafia. Ukazuje bowiem sieć powiązań, kłamstw, walki o wpływy i władzę oraz najważniejszy chyba na chwilę obecną problem – pedofilii. 

Ważne jest, że część treści przekazywana jest w drobnych niuansach, więc widz niestety, a może stety musi wysilić swoje szare komórki. Niemniej jednak niektóre ważne aspekty zostały przedstawione w tak toporny sposób, że czasami zastanawiałam się, czy to było konieczne? Czy nie można tego, by zrobić dużo bardziej subtelniej? Warto jednak zaznaczyć, że sam wydźwięk pozostaje ten sam. Kościół Katolicki nie ma nic wspólnego z wiarą.

Cytując wypowiedź jednego z bohaterów: „Kościół Katolicki jest święty, ale tworzą go ludzie grzeszni”. I to prawda. Główni bohaterowie filmu grzeszą. Jednak jest różnica pomiędzy drobnymi występkami, jak chociażby libacje alkoholowe, a występkami, a raczej – moim zdaniem – zbrodniami w stosunku do dzieci. Jest to coś co nie powinno być akceptowane i bezwględnie karane. Jednak osoby tkwiące w tym chorym systemie robią wszystko, by tego typu sprawy zatuszować, ośmieszyć ofiary, a księży podejrzanych o pedofilię usuwają na chwilę w cień, dopóki sprawa nie ucichnie. Pod koniec filmu pojawia się scena, kiedy to cały sztab ludzi pracuje nad wyciszeniem tego typu sprawy, kiedy im się to udaje wszyscy sobie gratulują i klaszczą, co było dla mnie obrzydliwe, obłudne i straszne.

Cały film skupia się na trzech historiach księży – kolegów, które zazębiają się między sobą. Wątek R. Więckiewicza ukazuje księdza na jednej z wiejskich parafii, wdającego się w romans z kobietą, co skutkuje jej ciążą. Dla mnie był to niestety wątek zupełnie niepotrzebny, biorąc pod uwagę resztę fabuły. Dodatkowo jest on fatalnie zagrany. Joanna Kulig nie mogła być bardziej przerysowana i irytująca. Plus Smarzowski pokazuje, że ksiądz Więckiewicza nie jest taki zły jak mogłoby się wydawać, co prawda pije, prowadzi po alkoholu i łamie celibat, ale w głębi serca to dobry kapłan. Dużo lepiej wypadają historię Jakubika i Braciaka, gdzie ten drugi dla mnie powinien otrzymać wszelkie możliwe nagrody. W pierwszy przypadku molestowany za dziecka ksiądz zostaje oskarżony o pedofilię. Z kolei wątek Braciaka koncentruje się na pracowniku Kurii, który jest wyrachowany w tym co robi i nie pozwoli, by cokolwiek stanęło na jego drodze do wyjazdu do Watykanu. W tym przypadku mamy do czynienia z mocnym materiałem, który nie raz nie dwa wstrząsnął mną jako widzem. Co prawda nie są to rzeczy, o których byśmy nie słyszeli, ani nie czytali w Internecie, ani w prasie. Jednak, kiedy spojrzymy na całą machinę działania instytucji w obu przypadkach momentami jest człowiekowi niedobrze, że jest przyzwolenie na tego typu zachowania. Zachowania to mało powiedziane.

Oczywiście aktorsko produkcja stoi na najwyższym z możliwych poziomów. Genialna rola Braciaka i bardzo dobre występy Jakubika oraz Janusza Gajosza w roli arcybiskupa pozbawionego skrupułow, moralności i jakiejkolwiek etyki. Widz spogląda na jego bohatera z pogardą, a szczególne wrażenie robi końcówka filmu, kiedy wygłasza on mowę pełną kłamstw i obrażającą ludzi, którzy faktycznie walczyli za wiarę. Nie można zapominać, że aktorzy mieli do odegrania bardzo trudne postacie, złamane, pełne niewiary w to, że coś się zmieni, a także wyrafinowane i przebiegłe w swoich działaniach. I tak, reżyser pokazuje, że za każdą osobą stoi historia… ale jego celem nie jest generalizowanie, ani wytykanie palcami. To przerysowana rzeczywistość pełna skomplikowanych relacji, wyborów oraz ludzi, którzy są tak źli, jak i dobrzy.

Jedyne, co mnie irytowało to montaż. Smarzowski jest znany ze specyficznego stylu oraz wrzucaniu do swoich produkcji fragmentów „gadających głów”, ale w tym przypadku było to zupełnie niepotrzebne i wybijało niejako widza z rytmu. Oczywiście możliwe byłoby wskazanie na większe oraz pomniejsze błędy, niemniej jednak w kontekście całego filmu nie jest to istotne. Nie o tym w tym wszystkim chodzi.

Dodatkowo abstrahując całkowicie od walorów artystycznych, po raz kolejny na filmie Smarzowskiego spotkałam się z reakcjami widowni zupełnie nieadekwatnymi do tego, co działo się na ekranie. Co prawda pojawia się humor, ale to humor raczej przez łzy, aniżeli faktycznie zabieg humorystyczny. Wielokrotnie uśmiechnęłam się pod nosem, po czym, parę chwil później zdałam sobie sprawę ze smutku i powagi całej sytuacji. Chcemy się śmiać, ale biorąc pod uwagę, że elementy te boleśnie dotykają autentycznych sytuacji, przestaje nam być do śmiechu.

Jak już wspomniałam na początku „Kler” to dobry film, niepozbawiany wad, mówiący w dosadny sposób o grzechach Kościoła, które są niejako tajemnicą poliszynela. To skupienie się na instytucji, która ma władzę i umiejętnie ją wykorzystuje. To instytucja i ludzie, którzy posuną się do wszystkiego, byleby tylko osiągnąć swój cel. Nie jest to dyskusja o rzeczach odkrywczych, ale ważny głos pokazujący, że nie może na to pozwalać w żadnym wymiarze. Czy po premierze temat ucichnie? Nie wiem, ale źle by było, bowiem zamiatanie pewnych rzeczy pod dywan nie wydaje się być opcją, która działa.

Ocena: 8/10

czwartek, 13 września 2018

#7


Od pewnego czasu jestem wielką fanką kina koreańskiego. To swoistego rodzaju powiew świeżości, w kontekście wtórności Hollywood i kolejnych wielomilionowych blockbusterów. W końcu zabrałam się więc za „Lament” w reżyserii  Hong-jin Na, który dał światu tak świetne filmy jak „Morze Żółte” czy „The Chaser”. I po raz kolejny nie zawiodłam się. To genialne połączenie elementów horroru, azjatyckiej tradycji, miejskich legend oraz humoru, które sprawiają, że mamy do czynienia z jednym z najlepszym filmów, które udało mi się zobaczyć w tym roku.

Historia z pozoru wydaje się być niezwykle prosta. Jedną z południowo-koreańskich wiosek nawiedza plaga zagadkowych morderstw, z którymi musi się zmierzyć nasz główny protagonista. Sam bohater to jeden wielki chodzący element komediowy. Wielokrotnie zastanawiałam się, jakimi cudem został policjantem, skoro nie posiada podstawowej wiedzy na temat tego jak prowadzić śledztwo, a dowody uzyskuje tylko dzięki przypadkowi oraz niezrozumiałemu wewnętrznemu uporowi. Wszystko jednak komplikuje się w momencie, kiedy na swojej drodze spotyka tajemniczego Japończyka, a jego własna córka dopada tajemnicza choroba.

Trzeba przyznać, że produkcja pełna jest zaskakujących plot-twistów, które nie raz i nie dwa sprawiły, że  zastanawiałam się o co w tym wszystkim chodzi. Dodatkowo na każdym kroku trzeba się mierzyć z różnego rodzaju symbolami i nawiązaniami do wierzeń zakorzenionych mocno w kulturze azjatyckiej. Wydaje mi się, że moja nieznajomość tematu wielokrotnie wpłynęła na brak zrozumienia dla poszczególnych scen, niemniej jednak nie psuje to ogólnych wrażeń wizualnych. A trzeba przyznać, że robią wrażenie. Praktycznie od pierwszych scen całość spowita jest strugami deszczu, podczas, gdy sceny egzorcyzmów są nie tylko widowiskowe, ale i intrygujące.

Jeżeli chodzi o minusy, to jedyne z czym miałam problem to - po raz kolejny - brak zrozumienia dla poszczególnych rozwiązań fabularnych. Nie będę wdawać się w szczegóły, gdyż warunkuje to zbyt dużą liczbę spoilerów, niemniej jednak kwestionowałam niektóre zachowania bohaterów oraz zupełnie nie rozumiałam o co w tym wszystkim chodzi. Czy protagoniści to tak naprawdę antagoniści? A może w tym wszystkim nie ma drugiego dna, a ja tylko dorabiam sobie teorię?

Odnosząc się do amerykańskich horrorów na temat opętania możliwe jest zaobserwowanie, że mamy do czynienia z czystą rozrywką, gdzie widz nie zadaje zbyt dużej ilości pytań oraz nie zastanawia się na tym, co widzi na ekranie. Jeżeli chodzi o „Lament”, reżyser każe nam się poważnie zastanowić, co byśmy zrobili w przypadku sytuacji praktycznie bez wyjścia. Jest to szczególnie widoczne we wspomnianej scenie egzorcyzmu, która jest wyjątkowo głośna i pełna szybkich cięć, co tylko potęguje efekt zagubienia i bezradności tak głównego bohatera, jak i widza. Każdy z elementów tworzy całość przepełnioną symbolizmem i szczegółami tak istotnymi dla fabuły, a jednocześnie tworzącymi niezapomniany klimat. Jest to bez wątpienia produkcja, obok której nie da się przejść obojętnie. To intrygujący twór, który choć niepozbawiony wad jest genialny w swojej "skomplikowanej" prostocie.

Ocena: 10/10

czwartek, 9 sierpnia 2018

#6


Któż z nas nie kocha seryjnych morderców? Są charyzmatyczni, przyciągający wzrok potencjalnego widza i zaznajomieni z każdym możliwym przejawem brutalności. Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy liczba ofiar ustawicznie wzrasta, a władze nie mają najmniejszego pojęcia, kto za tym stoi. Z identycznym zdarzeniem mamy do czynienia w „Zagadce Zbrodni” ukazującej sprawę pierwszego seryjnego zabójcy w dziejach Południowej Korei, którego tożsamość po dzień dzisiejszy pozostaje nieznana.

Po raz kolejny udało mi się powrócić do kina iście azjatyckiego i otrzymałam film, który zachwycił mnie od początku do końca. Na pierwszych rzut oka, można by odnieść wrażenie, że mamy do czynienia ze sztampową produkcją o poszukiwaniach mordercy przez lokalną policję, niemniej jednak nic bardziej mylnego. Już od pierwszych scen widać, że całość będzie starała się wymykać klasycznym schematom, gdzie dwójka policjantów musi złamać wszelkie zasady, by wymierzyć sprawiedliwość, a brak dowodów i kolejne ciała zamordowanych kobiet doprowadzą ich na sam skraj desperacji i załamania nerwowego.

To przede wszystkim produkcja pozbawiona efektownych scen akcji, gdzie morderca podrzuca łby śledczym kolejne tropy i prowadził z nimi grę w "kotka i myszkę". To w głównej mierze kino w stylu filmu „Zodiak”, gdzie śledzimy działania policji, wzajemne relacje pomiędzy dwoma bohaterami oraz poczynania głównego podejrzanego, który może, ale wcale nie musi być zabójcą. Cała duszna atmosfera oraz napięcie rozładowywane są przy pomocy komicznych dialogów oraz scen rodem z produkcji zaliczanych do gatunki kina kopanego klasy Z.

Szczerze muszę przyznać, że do tej pory nie przyzwyczaiłam się do azjatyckiego stylu gry aktorskiej, więc przyznaje się, że zdarzyło mi się zaśmiać pod w momencie, kiedy na ekranie działy się autentycznie dramatyczne rzeczy. Niemniej jednak chemia pomiędzy głównymi bohaterami była wyczuwalna i z wielką przyjemnością oglądałam ich utarczki słowne i nie tylko. To przede wszystkim zderzenie dwóch różnych światów. Z jednej strony mamy policjanta z prowincji, a z drugiej śledczego, który przybywa z samego Seulu, by pomóc związać sprawę. Obaj jednak są zmotywowani do tego, by znaleźć mordercę za wszelką cenę, porzucając dotychczasowe niesnaski i wspólnie spróbując odkryć prawdę stojącą za makabrycznymi zbrodniami.

Sama historia, chociaż pozornie wydaje się być sztampowa, kryje znacznie więcej, aniżeli samą obietnicę dobrego kina. A fakt, iż fabuła opiera się na prawdziwej historii, sprawia, że produkcję ogląda się z jeszcze większym zaciekawieniem. Muszę przyznać, że całość została poprowadzona w sposób wręcz modelowy. Jeżeli chodzi zaś o samo zakończenie, to zaskoczyło mnie na każdym możliwym poziomie. Nie będę zdradzać więcej, aby nie popsuć seansu, ale finał i ostatni akt zrealizowane zostały w mistrzowski wręcz sposób.

Czy warto więc zobaczyć sam film? Bez wątpienia.

Ocena: 9/10

niedziela, 15 lipca 2018

#5


Jeszcze bardziej niż klasyczne bardzo złe filmy uwielbiam hollywoodzkie bardzo złe filmy. Takim przykładem jest dziwaczny koszmarek, którego budżet wyniósł 50 milionów zwany „Hansel i Gretel: Łowcy Czarownic”. Muszę przyznać, że co prawda bawiłam się przednio zdając sobie niejako sprawę z tego, z czym mam do czynienia, niemniej jednak biorąc pod uwagę fakt, ile pieniędzy wydano na tą produkcję i jakich aktorów zatrudniono oczekiwałam, że film ten nie osiągnie poziomu prezentowanego przez Uwe Bolla.

Fabuła jest mało skomplikowana. Główni bohaterowie tak samo jak w baśni zostają porzuceni przez swoich rodziców w środku lasu, gdzie natrafiają na domek z piernika, gdzie rezyduje wiedźma. Na szczęście udaje im się uwolnić, zabić ją i zostają łowcami czarownic, bo czemuż by nie. Reszta filmu to ich zmagania z odnalezieniem zaginionych dzieci, przeszłością oraz Famke Janssen.

Fabularnie film nie zaskakuje. Co prawda sam koncept wyglądał niezwykle obiecująco na papierze, niemniej jednak w praktyce okazuje się być nudnawy i nijaki. Dobrze, że od samego początku wiedziałam z czym muszę się mierzyć, gdyż branie produkcji na poważnie całkowicie mija się całkowicie z celem. Pełno tu niedorzeczności, komicznych walk oraz gry aktorskiej, która jest równie drewniana co pieniek z „Twin Peaks”. Jeżeli założymy, że film w założeniu miał być taki, otrzymamy zupełnie niezobowiązującą rozrywkę, która jest tak głupia, że aż śmieszna. Oczywiście nie mam nic do readaptacji klasycznych dzień, niemniej jednak praktyka pokazuje, że tego typu próby zawsze kończą się tragicznymi efektami.

Aktorsko jest równie źle. Znani aktorzy starają się być jak najbardziej poważni w odtwarzaniu groteskowych ról, co sprawiło, że momentami autentycznie im współczułam. Oczywiście jak zawsze fantastyczna okazała się być Famke Janssen, która chyba nigdy nie zawodzi. Choć z drugiej strony zastanawiałam się co ją skłoniło do zagrania w tym totalnym niewypale, gdzie rzuca mało śmiesznymi tekstami w pełnej charakteryzacji, nie mówić już o taniej choreografii walk, które momentami wydawały się być tak nieudolne, że doszłam do wniosku, że wspomniane 50 milionów poszło w całości na konto aktorki. To samo tyczy się Petera Stormare, który cieszy oczy swoim dziwacznym występem poniżej godności. 

To samo tyczy się tragicznych wręcz efektów specjalnych, gdzie widz zastanawia się czy co właśnie zobaczzył. Oczywiście znajduje to swoje usprawiedliwienie w fakcie, iż na stołku reżysera zasiadł twórca „Zombie SS”, dlatego wszystko wygląda tanio, sceny śmierci są przesadzone a całość również dobrze mogłaby zostać zrealizowana za tysiąc dolarów przy pomocy kamery kupionej w supermarkecie. Czy to wada filmu? Jeżeli przypomnimy sobie, że to hollywoodzka produkcja to niestety całość wypada dość nieciekawie w kontekście innych filmów, które zostały zrealizowane za ten same pieniądze, a które prezentowały się tysiąc razy lepiej.

Jeżeli jesteście fanami bardzo złych filmów, to bez wątpienia będzie fantastycznie bawili się na seansie. Jeżeli jednak jesteście fanami Bergmana to omijajcie ten film szerokim łukiem.

Ocena: 3/10*
Jedna gwiazdka za Famke Janssen
Jedna gwiazdka za świetną czołówkę
Jedna gwiazdka bo mam dziś dobry humor 

wtorek, 10 lipca 2018

#4


Postanowiłam kontynuować przygodę z azjatyckim kinem zemsty i jakież było moje zaskoczenie po obejrzeniu filmu „W pogodni” (ang. The chaser). Cały koncept został wywrócony do góry nogami, dając nam rozrywkę na najwyższym poziomie, gdzie widz zdaje sobie sprawę z tego, że klasyczny thriller wcale nim tak naprawdę nie jest, a wszystko co widzimy to ciąg nieprzewidywalnych zdarzeń, które wywołują śmiech, łzy oraz niedowierzanie.

Sama historia jest niezwykle prosta. Były policjant, a obecnie zgorzkniały alfons zajmuje się sprawą znikających pracownic – prostytutek. Początkowo przekonany jest o tym, że ktoś je sprzedaje. Kiedy odkrywa prawdę, musi zmierzyć się z czasem, nieprzychylnością służb mundurowych oraz błędami z przeszłości. Fabuła jest skonstruowana w taki sposób, że w jej ramach zawierają się takie gatunki jak dramat czy thriller, z jednoczesnym uwzględnieniem psychopatycznego mordercy o nieznanych motywach bawiącego się z policją w kotka i myszkę. I choć liczyłam na typowe kino zemsty, gdzie krew leje się strumieniami, a trup ściele się gęsto, dostałam coś zupełnie innego, ale jakże genialnego. Nie zdradzę nic więcej, by nie psuć tego elementu zaskoczenia, gdy nasze pierwotne założenia okazują się być zupełnie różne od filmowej rzeczywistości, a może jednak nie?

Główny bohater choć początkowo wydaje się być totalnym draniem, z każdą kolejną minutą coraz bardziej zdobywał moją przychylność. Od zawsze uwielbiam postacie, które na przestrzeni filmu ulegają wewnętrznej przemianie. Dodatkowo postać Joong-ho jest nie tylko dramatyczna, ale również komiczna do tego stopnia, że zaśmiewałam się z absurdalności wielu scen w których brał udział. Niestety dużo gorzej wypadła postać seryjnego mordercy, który wydaje się być od samego początku nijaki. Zero osobowości, motywu, finezji czy czegokolwiek. Podejrzewam, że to wina amerykańskich filmów, gdzie antybohaterowie są hipnotyczni i kibicujemy im od początku do końca. W tym przypadku bardziej irytuje i widz ma nadzieje, że będzie go oglądał na ekranie jak najmniej. Oczywiście, jak to bywa w produkcjach azjatyckich drugi plan jest fantastyczny. Elementy komiczne mieszają się z groteskowością, by ukazać nam prozę życia policjantów z wydziału zabójstw.

Jest to bez wątpienia produkcja prezentująca dość sugestywny obraz świata, gdzie przemoc i brutalność świata kontrastuje z dobrocią jednostek, które jednak nie mają szans na przetrwanie w tejże rzeczywistości. Na pewno na uwagę zasługują także pościgi, które dzieją się w wąskich uliczkach Seulu. Świetne ujęcia oraz zachwycająca kolorystyka, również dużo wnosza, ale to trzeba zobaczyć samemu.

„The chaser” to produkcja wyjątkowa, nietuzinkowa, oryginalna w swojej prostocie, a co za tym idzie wciągająca. Fani klasycznego kina zemsty mogą być trochę zawiedzeni, ale w zamian dostają coś równie intrygującego, choć pozbawionego hektolitrów krwi. Genialny klimat oraz zdjęcia robią także swoje. Polecam wszystkim osobom, które mają dość wtórnych produkcji made in USA i chcą wreszcie doświadczyć czegoś innego w kinie.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 9 lipca 2018

#3


W całym moim życiu 10/10 punktów przyznałam filmom, które można zliczyć na palcach jednej ręki. W tym roku ocena ta powędrowała do produkcji „Call me by Your name” oraz obrazu „Śmierć Stalina”, który od samego początku wgniotła mnie w fotel i zaczęłam zastanawiać się, czemu nie powstaje więcej tego typu produktów opartych na humorze czarnym, jak smoła z domieszką komizmu a co najważniejsze z dopiskiem – to wydarzyło się naprawdę.

Mamy więc rok 1953 i Rosję, gdzie żelazną ręką rządzi towarzysz Stalin, podczas, gdy jego podwładni dwoją się i troją by przypodobać się wodzowi. Z kolei jego wierni poddani są torturowani, więzieni oraz zabijani. Wszystko zmienia się w momencie, gdy przywódca Związku Radzieckiego umiera, a każdy z jego najbliższego otoczenia chce dojść do władzy i przechytrzyć pozostałych.

Zacznę od kwestii jaką jest gra aktorska, bo to istny majstersztyk. Zatrudniona została cała plejada gwiazd, gdzie każdy otrzymuje swoje 5 minut by nie tylko popisać się kunsztem, ale i przekonać widza do swoich racji. Znakomity Steve Buscemi wypada niezwykle przekonująco w swojej roli, z jednej strony będąc prowodyrem spisku mającego na celu ocalenie Rosji, podczas, gdy z drugiej widzimy, że jedyne co go interesuje to władza. Simon Russell Beale to z kolei idealny Beria, który momentami jest przeciwnikiem ogarniętym żądzą władzy, podczas, gdy z drugiej momentami zaczynamy mu współczuć, widząc jak sam gubi się w swoich pozornie wykalkulowanych poczynaniach.

Fabularnie i narracyjnie mamy do czynienia z genialnym konceptem podlanym gęstym sosem czarnego humoru. Co prawda, większość sytuacji jest całkowicie wymyślona, niemniej jednak znając przedstawioną historię, widz zdaje sobie sprawę z faktu, iż faktycznie sytuacja wyglądała podobnie, co prowadzi do wniosku, że z jednej strony jest śmiesznie, podczas, gdy z drugiej strasznie. Bohaterowie rzucają prostackie żarty i zachowują się w ten sposób, gdyż w rzeczywistości odgrywane postacie takie były. To jeden z elementów który sprawia, że ten film jest genialny praktycznie na każdej płaszczyźnie. A scena nad ciałem Stalina wprowadziła mnie jednocześnie w konsternację, jak i ból brzucha ze śmiechu.

Bez wątpienia mamy do czynienia z kinem wybitnie śmieszny, przekraczającym kolejne granice absurdu, gdyż taki właśnie był okres po śmierci Stalina. Bohaterowie stają się być coraz bardziej groteskowi w swoich poczynaniach, a widz nie mogąc powstrzymać się od śmiechu śledzi ich dalsze losy. Film pełen jest antybohaterów, którym kibicujemy lub współczujemy… a potem zdajemy sobie sprawę kim naprawdę byli i nagle okazuje się, że rzeczywistość tak filmowa, jak i prawdziwa okazują się być dużo bardziej depresyjne aniżeli nam się pierwotnie wydawało.

Ocena: 10/10

sobota, 7 lipca 2018

#2


Ostatnimi czasy mamy do czynienia z wysypem seriali mrocznych, tajemniczych, gdzie fabuła jest równie poplątana co słuchawki od telefonu. Z tego powodu oraz zachęcona pozytywnymi reakcjami ze strony znajomych, postanowiłam przyjrzeć się serialowi „Tabula rasa”, który bazuje na ciekawym koncepcie wykorzystanym już przez Nolana w „Memento” – utrata pamięci krótkotrwałej.

Nasza główna bohaterka po wypadku samochodowym, zapomina większość rzeczy, które dzieją się w czasie rzeczywistym. Poznajemy ją w momencie, kiedy zostaje zamknięta w szpitalu psychiatrycznym. W międzyczasie dowiadujemy się, że doszło do zaginięcia, a nasza protagonistka może mieć z tym coś wspólnego Problem polega jednak na tym, że nic nie pamięta, a wspomnienia pojawiają się w sposób chaotyczny na przestrzeni kolejnych odcinków, powoli składając się w jedną logiczną całość.

Pierwsza rzecz, która niezwykle mi się spodobała, to ciekawa czołówka. Uwielbiam tego typu styl, choć należy pamiętać, że 90 % produkcji z ostatnich lat bazuje na tego typu koncepcie. Ja jednak podziwiałam kreatywność twórców w tej kwestii i nawet złapałam się na tym, że nie kliknęłam przycisku „przewiń czołówkę”. To wręcz idealne wprowadzenie do historii, gdzie widz zastanawia się, czy również ona [czołówka] zawiera także wskazówki do rozwiązania przedstawionej tajemnicy. Całość ma też fantastyczny klimat, gdzie sceneria starego domostwa równie dobrze mogłaby być miejscem wydarzeń z niejednego horroru. Do tego świetna muzyka budująca napięcie i sprawiająca, że nieraz przeszły mi ciarki po plecach i czekałam z napięciem na jumpscare.

Jeżeli chodzi o stronę fabularną, to serial jest na tyle interesujący, a zarazem prowadzony w leniwy sposób, dzięki czemu krok po kroku poznajemy wydarzenia prowadzące do rozwiązania sprawy. Istotne jest, że kolejne fakty odkrywane są razem z główną bohaterką, stanowiąca dla nas punkt odniesienia. Przeskoki czasowe i flashbacki pokazują nam, że tak naprawdę nic nie jest takie, jakie mogłoby się wydawać od początku. Niestety koncept ten mógłby zostać lepiej rozwinięty, a zamiast tego dostajemy w pierwszych odcinkach dziwaczną historię, która tak naprawdę nie wie do końca czym chce być. Mam nadzieje, że w dalszych epizodach okaże się, że być to zamierzonym zabiegiem. Na chwilę obecną mamy do czynienia z połączeniem kryminału, historii o duchach, zjawiskach nadprzyrodzonych oraz rodzinnego dramatu?

Aktorsko niestety nikt nie wyróżnia się na tyle, bym o nim wspomniała, niemniej jednak poziom został zachowany i nie mogę więcej narzekać w tej materii. Mam cichą nadzieję, że w kolejnych odcinkach charakterystyka bohaterów ulegnie rozwinięciu, bo na chwile obecną są oni jednowymiarowi. Oczywiście nie mogło zabraknąć tak zwanego comic relief pod postacią matki naszej protagonistki, która wprowadza niekiedy dziwaczne elementy komediowe. Nie są one co prawda na najwyższym poziomie, niemniej jednak widz ma okazję odetchnąć od dusznej atmosfery i wszechogarniającej tajemniczości.

Czy jest to serial warty polecenia? Z pewnością. Warto jednak zaznaczyć, że mimo, iż jest to świetna produkcja czuje obecnie niejako przesyt serialami bazującymi na mrocznej tajemnicy odkrywanej przez bohaterów oraz widzów z odcinka na odcinek. Brakuje mi bowiem świeżych serialowych konceptów, ale nie będę narzekać, jeżeli otrzymam kolejną tego typu produkcję, gdzie klimat, atmosfera oraz pomysł na historię będą na tyle intrygujące, że nie będę mogła się doczekać kolejnych odcinków.

piątek, 6 lipca 2018

#1


Koreańskie kino zemsty zachwyciło mnie nie raz… dlatego po filmie „I saw the devil” nie spodziewałam się niczego innego, aniżeli 2,5 h prawdziwej jazdy bez trzymanki. Produkcja zachwyca nie tylko wyegzaltowaną brutalnością, ale również przemyślanym scenariuszem oraz zwrotami akcji, które do ostatnich chwil sprawiły, że siedziałam na krawędzi fotela.

Sama historia wydaje się być banalnie prosta. Narzeczony zamordowanej dziewczyny, pracujący dla tajnych służb, postanawia znaleźć mordercę i wymierzyć sprawiedliwość. Pozornie ten prosty koncept, daje jednak twórcom szerokie pole do popisu, gdzie krew i przemoc mieszają się ze sobą tworząc groteskowe wręcz obrazy. Bez wątpienia ciekawym zabiegiem było odwrócenie ról, gdzie protagonista w swoim pragnieniu zemsty sam upodabnia się do oprawcy, podczas, gdy antagonista musi uciekać nie zdając sobie sprawy z tego, ile jeszcze będzie w stanie znieść. Widz z zapartym tchem ogląda kolejne sceny wymyślnych tortur zastanawiając się nad granicami człowieczeństwa głównego bohatera oraz czy faktycznie powinniśmy współczuć osobie, która dopuściła się – wielokrotnie, tak okropnego czynu jak morderstwo.

To co, bez wątpienia zachwyca od samego początku, to świetne ujęcia. Będę twardo broniła swojego zdania, że nic nie wygląda tak pięknie jak krew na śniegu. Mnóstwo odcieni szarości idealnie wkomponowuje się w świat przedstawiony pokazując jak brutalny i nieprzystępny potrafi być. Dodatkowo na pochwałę zasługuje świetne przedstawienie scen walki, gdzie równie dobrze bawiłam się, jak w przypadku mordobicia w „Atomic Blonde”.

Pozornie wydawać by się mogło, że nie tylko mamy do czynienia z filmem kłopotliwy, ale co najważniejsze obraźliwym. Jestem jednak zdania, że sprowadzenie kobiet wyłącznie do roli ofiary, wcale nie wynikało z chęci ich uprzedmiotowienia, ale raczej pokazania, że w sytuacjach tego typu nigdy nie będziemy miały szans i to zawsze kobiety będą obiektem perwersyjnego seksualnego pożądania ze strony mężczyzn, nawet jeżeli starają się wyjść poza obowiązujące schematy. Reżyser pokazuje jednak w sposób dobitny, że w tym świecie istnieje wyłącznie brutalna przemoc. Każde działanie niesie za sobą nieoczekiwane konsekwencje, co z kolei warunkuje jeszcze większą brutalizację życia codziennego. Ważne jest, że obserwujemy wyłącznie socjopatów i psychopatów, włączając w to naszego bohatera… i tak naprawdę nie ma nikogo pomiędzy.

Interesujący wydaje się być fakt, że o ile w przypadku amerykańskiego kina gore, krew i przemoc są na pierwszym miejscu, podczas, gdy fabuła schodzi zupełnie na dalszy plan, by twórcy mogli popisać się kreatywność w zabijaniu i torturowaniu bohaterów na coraz to bardziej wymyślne sposoby. Tutaj to jakże ważny dodatek do całej historii, dzięki czemu może ona dużo lepiej wybrzmieć w kontekście poszczególnych scen.  

Produkcja to przede wszystkim „słodko-gorzka” historia człowieka, który musi zmierzyć się nie tylko z tym co się stało, ale z tym co zrobił, by jego zdaniem sprawiedliwości stało się zadość. To brutalna, pełna czarnego humoru i groteskowości opowieść o pojedynku, gdzie każda z postaci od samego początku skazana jest na klęskę w ten czy inny sposób. Perfekcyjnie zrealizowane kino zemsty, gdzie zarówno morał, jak i kolejne poziomy sadyzmu okazują się być równie ważne.

Ocena: 9/10

#8

Od kilku dobrych dni zbierałam się za recenzję nowego filmu W. Smarzowskiego – „Kler”. Od początku byłam pozytywnie nastawiona do jego now...